Lubię biegać. Niedaleko od domu mam Puszczę Bukową, która jest doskonałym terenem, aby praktykować bieganie. Los sprawił, że ta wspaniała okolica bogata jest w liczne wzniesienia i pagórki. Tak oto zmuszony zostałem do tego, aby mierzyć się ze swoją największą biegową słabością: podbiegami…

Od razu zaznaczę, że w bieganiu jestem amatorem z małym w mojej ocenie doświadczeniem. Znam lepszych biegaczy, z dłuższym stażem, z większą świadomością i motywacją do biegania. Dlaczego próbuję mądrzyć się na temat podbiegów? Ponieważ w tej amatorszczyźnie biegania w klęskach przy podbiegach jestem mistrzem.

Do spisania przemyśleń na ten temat zmobilizował mnie dzisiejszy City Trail w Szczecinie, który doskonale przypomniał mi, z czym w bieganiu mam największy problem. Jak próbuję sobie z nim poradzić?

Nastawienie

Chyba nie było większej poprawy w moim radzeniu sobie z podbiegami niż zmiana nastawienia. Zamiast frustrować się i złościć na siebie i na trasę, bo nie daję rady, uznałem, że podbiegi są dla mnie trudne. Dopiero po takim uczciwym wobec siebie postawieniu sprawy mogłem pomyśleć, co dalej.

Okazało się, że znalazłem kilka metod, aby z samego nastawienia przejść do czynów.

Wolniej znaczy lepiej

Po przemyśleniu swojej nowej sytuacji, w której się znalazłem po pogodzeniu się z tym, że na daną chwilę podbiegi są dla mnie za trudne, wyznaczyłem sobie cel. Tym celem było zrezygnowanie z chodzenia w trakcie biegania. Oznacza to, że gdy napotykałem wzniesienie na trasie biegu, wszystko było lepsze od chodzenia. Mógł to być po prostu wolniejszy bieg, przejście do truchtu, a nawet przebieranie nogami prawie w miejscu.

Istotą tego ćwiczenia było to, żeby nie uciekać do tego, czym zwykle ratowałem się podczas podbiegów: przejściem do chodu.

City Trail w Szczecinie, dn. 14 października 2018 roku

W efekcie otrzymałem pewną nagrodę: satysfakcję z tego, że przebiegłem całą wyznaczoną sobie trasę. Pozbyłem się poczucia, że wyszedłem do lasu pobiegać, ale w sumie to sporą część trasy robiłem spacer. Moja własna ocena samego siebie jako biegacza podniosła się o poziom wyżej.

Nic na siłę

Druga ważna sprawa przy zmianie nastawienia, to zluzowanie. Skoro założyłem, że metodyczne trzymanie się rodzaju ruchu (bieg) i zrezygnowanie z chodzenia, powinno prędzej czy później dać efekt, muszę odpuścić. Muszę sobie zaufać.

Oznacza to, że najmniejszy ból, kolka podczas biegania, odczucie, że biegnę ponad siły, daje mi zielone światło, aby przejść do chodzenia czy zatrzymać się. Zmiana nastawienia polega także na wsłuchiwaniu się w swoje ciało i respektowanie sygnałów, które nam daje. Zasada wolniej znaczy lepiej powinna zmniejszyć takie ryzyko. Niemniej nie mogę być głuchy na to, że nie daję rady.

Mam pozwolenie na to, że nie daję rady. Ze zmienionym nastawieniem to żaden problem, żadna frustracja. Żaden powód, żeby przed następnym treningiem odpuścić z mniej lub bardziej świadomych powodów.

Boli? Nie boli?

I jeszcze jedna wskazówka dotycząca bólu. Zdarzało mi się odpuścić podbieg, mimo że wystarczyłoby trochę więcej chęci lub silnej woli. Wtedy pomocne okazuje się pytanie do samego siebie: czy coś mnie boli? Jeśli nic, biegnę: powoli, metodycznie, do przodu.

Takie pytanie: czy coś mnie boli? — działa jak mantra. W jej rytm biegnę zatem przez te kilka sekund wytężonego wysiłku podczas podbiegu. Bo przecież jak spojrzysz na te kilkadziesiąt minut całego treningu, podbiegi to tylko ich fragment. Nie wydają się one wtedy takie straszne. Biegnę dalej.
Odpocznę na górze.

Parafrazując tytuł tego bloga: dobrze jest podbiegać!