Podróże

Sentymentalnie o Walencji

Jedna z pierwszych poważnych wypraw poza granicę naszego pięknego kraju zawiodła mnie do Walencji. Gdy myślę o tym hiszpańskim mieście, w głowie mam milion skojarzeń i emocji. W grudniu 2007 roku założyłem działalność gospodarczą z nadzieją i wiarą, że mogę być kowalem swojego losu. Jednocześnie tę przygodę zacząłem od zimowych wakacji w Hiszpanii. Szybko przekonałem się, że mogę być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. I że poniosę tego konsekwencje.

Dobre wspomnienia

Nad Morzem Śródziemnym, plaża Walencji, dn. 28 grudnia 2007 roku

Zanim opowiem co nieco o konsekwencjach, chcę poświęcić kilka słów o dobrych wspomnieniach z tego wyjazdu. Pierwsza rzecz, która nasuwa mi się na myśl, to że był to mój pierwszy wyjazd. Ważny, ponieważ sam sobie udowodniłem, że mogę partycypować w tak poważnym przedsięwzięciu.

Warto tutaj wspomnieć o samoświadomości własnych oczekiwań, które mam wobec tego typu wyjazdów, a której nabrałem (ów samoświadomości) dzięki tej podróży. Przekonałem się i później długo jeszcze uczyłem się sztuki dbania o to, że potrzebuję kilku rzeczy:

  • czasu dla siebie, który wiąże się z pracą przy komputerze i z dostępem do Internetu,
  • dostarczania sobie nieznanego — podziwiania niespotkanej nigdy wcześniej architektury, obcowania z obcym językiem, kosztowania nowych potraw.

O każdym z tych punktów chcę napisać nieco więcej.

Czas dla siebie

Określanie chęci spędzenia kilku godzin przed komputerem tak pojemnym pojęciem jak czas dla siebie może brzmieć jak tania wymówka lub żałosne usprawiedliwianie się. Sądzę jednak, że byłoby to duże uproszczenie. Piszę o tym dlatego, że rozumiem, iż wielu ludzi może nie mieć takich potrzeb w ogóle. Co nie wykreśla ich z życia innych, również z mojego.

W grudniu 2007 roku założyłem działalność gospodarczą z pomysłem na robienie stron internetowych na zlecenie. Pierwsze kilka tygodni jest kluczowe dla tak małej firmy, ponieważ to wtedy jest czas na nabranie rozpędu napędzanego początkowym zapałem.

Hiszpański kot, dn. 8 stycznia 2008 roku

Po ponad 10 latach od tego wyjazdu nie dziwię się sobie ani trochę, gdy pomyślę, że miałem różne potrzeby niż moi towarzysze podróży. Cieszę się, że miałem czas na dopilnowanie swoich obowiązków. Nawet jeśli było to opłacone tłumaczeniem i emocjami, było warto. Przekonałem się, czego potrzebuję.

Jeśli czujesz, że znajdujesz się w towarzystwie osób, które lubisz lub kochasz, niemniej mają one inne oczekiwania wobec waszych wspólnych przedsięwzięć, nie rezygnuj z siebie. Powyższą radę dałbym sobie patrząc na pobyt w Walencji z perspektywy tych dziesięciu lat. Zawsze jest okazja, aby się dla kogoś poświęcić. Czasu poświęconego na to, aby zadbać o każdego, tylko nie o siebie, nikt nam nie zwróci.

Poszukiwanie nieznanego

Drugi punkt dotyczy nieustannego poszukania podczas podróży czegoś nowego. Sądzę, że jest to jedna z najsilniejszych motywacji do tego, żeby wyruszyć w nieznane.

W Walencji zabrakło mi hiszpańskiej kuchni. Co prawda prawie każdy wieczór spędzaliśmy przy wspólnym posiłku poza domem, niemniej śniadania i obiady przyrządzaliśmy sobie sami. Miało to swój urok i sens. Czuję jednak niedosyt. Częste smakowanie nowych potraw to nie tylko odkrywanie niespotykanych dotąd smaków. To także uczenie się ich, zapamiętywanie na wiele lat. Jeśli w ciągu tych kolejnych lat znów pojawi się okazja, aby spróbować czegoś nowego, zebrana baza smaków spotęguje przyjemność z poznawania następnych.

Wspomnienia

 Kot na plaży, Walencja, dn. 8 stycznia 2008 roku

W Walencji mieszka ok. 800 tysięcy mieszkańców. To takie dwa miasta jak Szczecin. Miasto leży w Hiszpanii nad Morzem Śródziemnym. Nie znaleźliśmy bezpośredniego lotu z okolicznych lotnisk (Berlin lub Poznań) do samej Walencji, dlatego samolotem dostaliśmy się do Hiszpanii lądując w Alicante. Dalej autem przedostaliśmy się do celu naszej podróży.

Radośni ludzie

Jedną z różnic między nami a Hiszpanami, które bardzo szybko dostrzegłem, to nastawienie do obcych i radość.

Pierwsza obserwacja wiązała się z mijaniem sąsiadów na klatce schodowej. W Polsce najczęściej mijamy się w ciszy. Musimy zacząć co najmniej kojarzyć kogoś z twarzy, żeby się przywitać. W Hiszpanii najpewniej usłyszysz w takiej sytuacji radosne ¡Hola!, nawet jeśli ktoś cię widzi po raz pierwszy.

Druga obserwacja dokonała się w kręgielni. Nasz polski tor był raczej cichy, a największą radością wybuchał ten, kto akurat strącił wszystkie kręgle. Może cieszyliśmy się wszyscy, ale na tle hiszpańskich torów dookoła wypadaliśmy blado. To wokół nas była głośna energia i radosny entuzjazm.

Benidorm

Pomiędzy Walencją a Alicante znajduje się Benidorm. Niegdyś mała wioska rybacka, dziś jeden z najpopularniejszych kurortów turystycznych w Hiszpanii. Był to jeden z punktów naszego pobytu na Półwyspie Iberyjskim, do którego od strony Walencji prowadzi przepiękna droga. Trasa biegnie między morzem a górami. Wrażenia z podróży są niesamowite, gdy po lewej stronie widać taflę morza, odbijające słońce zatoki, pływające statki. Zaś po prawej stronie wznoszą się strome zbocza gór.

Benidorm to pierwszy powód niedosytu, który czuję wspominając tę podróż. Odkrycie wszystkich zalet z pobytu w tej miejscowości zdecydowanie wymaga, by spędzić w niej kilka dni.

Święto Trzech Króli

Walencja, Orszak Trzech Króli, dn. 5 stycznia 2008 roku

Jednym z ważniejszych świąt w hiszpańskim kalendarzu jest Święto Trzech Króli. Miałem okazję podziwiać Orszak Trzech Króli przejeżdżający przez ulice Walencji. Samo święto jest bardzo wystawne, dzieci dostają prezenty. Na ulicach panuje zgiełk i radość. Święto to jest w Hiszpanii bardziej wyczekiwane przez dzieci niż Święta Bożego Narodzenia, które pod względem obdarowywania je prezentami stanowią jedynie przedsmak tego, co dzieje się w styczniu.

Żałuję, że nie miałem wówczas możliwości ani potrzeb, żeby skupić się na fotografowaniu tego, co widzę dookoła. Co niestety widać na dołączonych do wpisu zdjęciach. Cała Hiszpania warta jest ujęć, kadrów, kolorów, które nie czekają na uwiecznienie na kliszy czy karcie pamięci. Tylko kręcą się, wirują, żyją szybko i radośnie.

Zimowa pogoda

Warto wspomnieć, że zima w Hiszpanii była dla nas łaskawa. Temperatura w ciągu dnia wahała się w granicach 15-16 stopni, co pozwalało nam nosić spodnie i koszulki z krótkim rękawkiem. Czego nie można było powiedzieć o strojących się hiszpańskich kobietach. Jest to jedyny czas, gdy mogą one zaprezentować się światu w kurtkach i futrach, z czego skwapliwie korzystały.

Słodko-gorzkie konsekwencje

Wspominałem na początku o konsekwencjach tego, że zacząłem pracować na własny rachunek, jak i tego, że swój biznes zacząłem od wakacji. Wyjazd do Hiszpanii miał naturę okazji. Ze swojej strony finansowałem przelot, co w okresie świątecznym nadawało zupełnie innego znaczenia słowu okazja.

Dwa tysiące złotych za przelot w Europie dla jednej osoby w dwie strony to dużo. Za takie pieniądze można zobaczyć Azję płacąc mniej więcej taką samą cenę w innym niż świąteczny okresie. W konsekwencji mój biznes zamiast rozwinąć skrzydła, musiał udźwignąć brzemię wyjazdu do Hiszpanii.

Czy żałuję zatem tego, że zdecydowałem się na taką podróż?
Nie. Ponieważ pierwszy raz przełamałem bardzo mocno wdrukowany w moje życie schemat, że nie mogę sobie pozwolić na podróże. Po drugie: nie popadłem w takie zobowiązania, z których nie mógłbym się wydostać. No i ostatecznie pozwoliłem sam w sobie zaszczepić bakcyl podróżowania. Bez tego wyjazdu stałoby się to albo później, albo… nie chcę nawet wyobrażać sobie tego, że nie stałoby się to nigdy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *