Emigracja

Rowerem po Londynie

Postanowiłem iść za ciosem i opisać wrażenia z powrotu do domu rowerem. Było to dla mnie przeżycie warte odnotowania chociażby w postaci krótkiego tekstu.

O kupnie roweru myślałem już dawno. W sierpniu zdarzyło mi się pojechać rowerem raz do pracy i w porównaniu z każdym innym rodzajem transportu to była najprzyjemniejsza podróż.

Czerwone autobusy

Organizacja środków transportu w tym mieście budzi we mnie szacunek. Mieszka tu prawie 9 milionów ludzi. Londyn ma metro, pociągi, kolejki naziemne, autobusy, promy, niebo pełne samolotów i tramwaje. Odległość między jednym a drugim krańcem to ok. 50 km. Wszystko to funkcjonuje jednak sprawnie. Dopóki coś się nie popsuje…

Najmniej chętnie jeżdżę metrem, ponieważ zwykle jest zatłoczone i duszne. Przejazd ciasnymi i ukrytymi głęboko w ziemi wagonami metra Piccadilly Line może być ekscytujący za pierwszym razem. Jeśli staje się codziennością, podróż przemienia się w udrękę.

Bardzo dobrze podróżuje mi się autobusami. Można wejść do góry i podziwiać świat z niespotykanej perspektywy. Zawsze jestem pod wrażeniem tego, jak kierowcy autobusów mijają się w ciasnych uliczkach zwłaszcza w centrum Londynu.

Mam też dobre skojarzenia z pociągami SWR, którymi najczęściej jeżdżę do pracy. O ile pociągi nie zostają odwołane z powodu wypadku lub awarii sygnalizacji, podróż jest komfortowa, szybka i przyjemna. Jedyne dni, których nie wspominam dobrze, to strajk pracowników kolei, który bardzo utrudnił życie pasażerom.

Jednym z poważniejszych minusów bez względu na rodzaj transportu jest jego cena. Dojazd do pracy może tu kosztować od £100 do £200.

Rower na moście, dn. 26 września 2019 roku

Dziś w końcu postanowiłem zrealizować swoje marzenie o dojazdach do pracy rowerem. Niedaleko pracy (30 minut autobusem i metrem) znajduje się wyśmienity sklep rowerowy Goku Cycles. Kupiłem tam rower z podstawowym wyposażeniem za równowartość 2-miesięcznego dojazdu pociągiem. Mam nadzieję, że za dwa miesiące będę mógł powiedzieć, że rower zaczął oszczędzać pieniądze…

Rowerzyści vs. kierowcy

Londyn ma całkiem dobrą infrastrukturę dla rowerzystów. Dla wielu londyńczyków rower jest podstawowym środkiem transportu. Co prawda nie można porównać tego miasta do Amsterdamu, ale nie ma też tragedii.

Ścieżki rowerowe w Londynie

Drogi z małym ruchem nie potrzebują ścieżek rowerowych, można czuć się na nich swobodnie. Tam, gdzie ruch jest większy, zwykle wydzielony jest dla rowerów wąski pas przy krawężniku. Poza tym rowerzyści mogą śmiało korzystać z bus-pasów, których w Londynie jest całkiem sporo. Drogi z dwoma i więcej pasami ruchu dla aut, a co się z tym wiąże, z największym ruchem, raczej nie mają ścieżki rowerowej. Taka jazda byłaby zresztą nieprzyjemna ze względu na spaliny. Siatka połączeń pozwala jednak na omijanie takich dróg.

Kultura względem rowerzystów

Jak do tej pory zauważyłem dużą kulturę na drogach. Nie czułem się jeszcze zagrożony zbyt blisko przejeżdżającymi samochodami. Ponadto jeśli na pasie dla rowerów jest przeszkoda (np. autobus stojący na przystanku lub samochód na światłach awaryjnych), kierowca jadący za mną zwykle wpuszczał mnie na pas dla samochodów, abym mógł bezpiecznie ominąć przeszkodę.

Przed światłami z reguły wydzielony jest mały fragment dla rowerzystów. Dlatego jeśli auta stoją na światłach, niezmotoryzowani uczestnicy ruchu drogowego mogą je wyminąć i ustawić się tuż przed skrzyżowaniem w oczekiwaniu na zielone.

Lubię tu jeździć rowerem.

Richmond Park nocą

Moja pierwsza rowerowa przygoda to powrót ze sklepu rowerowego do domu. Google Maps pokazało ok. 57 minut. Super. Założyłem, że mój przejazd potrwa dłużej, bo nie znam trasy i jestem początkujący.

To mój pierwszy rower z tak cienkimi oponami. Szybko przekonałem się, jakie są ich minusy. Ponieważ postanowiłem jechać przez Richmond Park, część trasy prowadziła przez tereny przypominające polne drogi. W bardziej piaszczystych momentach koła wbijały się w ziemię jak nóż w masło.

Przekonałem się też o plusach takich opon. Dużo łatwiej można się rozpędzić na asfalcie i osiągnąć dużą prędkość, co jest istotne przy dynamicznym włączaniu się w ruch pomiędzy autami podczas wymijana przeszkody.

Wracając do parku, emocji dostarczał też zapadający zmrok. Marna mrugająca latareczka nie dawała tyle światła, aby oświetlać drogę przede mną. Dlatego widziałem tyle, co pojawiało się tuż przed przednią oponą i jechałem w miarę powoli.

Najwięcej przyjemności miałem z jazdy w części parku, gdzie były asfaltowe alejki. Mimo późnej pory minąłem kilku innych rowerzystów. I nie tylko. Dwukrotnie przejechałem obok dzikiej zwierzyny. Raz była to sarna, a raz jeleń. Niesamowite przeżycie: granatowe niebo, jasny księżyc. W oddali powyginane kontury drzew, a obok skubie trawę piękny (jak się domyślam) jeleń…

Po godzinie i dwudziestu minutach byłem w domu. Od dziś jeżdżę tylko rowerem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *