Do Londynu pierwszy raz trafiłem z Exeter, w którym odwiedzałem mojego przyjaciela ze studiów. Do stolicy Wielkiej Brytanii dojechaliśmy autokarem wyjeżdżając z Exeter o 3 nad ranem. Rano byliśmy na miejscu. Wtedy zorientowałem się, że jestem w Londynie i zapomniałem zabrać baterii do aparatu. Jaka szkoda, pomyślałem wówczas, i poszedłem zwiedzać miasto, które mnie zachwyciło.

Pamiętam, że Londyn zrobił na mnie olbrzymie wrażenie z dwóch powodów. Po pierwsze zobaczyłem w końcu na własne oczy budynki znane z filmów, wiadomości i książek. Miasto zatem z jednej strony było dla mnie tak znajome. Po drugie każde z tych miejsc i widoków odbiegało w rzeczywistości od relacji z telewizji czy od moich wyobrażeń.

Nie oznacza to, że Londyn okazał się ładniejszy lub brzydszy od tego, jak go sobie wyobrażałem. Był po prostu inny. Powodów mogło być mnóstwo: inna pogoda, inny kąt patrzenia (Big Ben rzadko pokazywany jest z perspektywy przechodnia), inne emocje. Tutaj byłem częścią miasta. Nawet jeśli częścią w ciele jednodniowego turysty, to uczestniczyłem tego dnia w życiu londyńczyków.

Piccadilly Circus, fot. Maciek

Tak jak wspominałem na początku nie mam z Londynu żadnych swoich zdjęć, dlatego więcej będzie tutaj wspomnień w postaci tekstu.

Naszym punktem startowym był dworzec autobusowy Victoria Coach Station. Stamtąd mieliśmy całkiem blisko do Big Bena. Następnie powędrowaliśmy do Trafalgar Square, gdzie na jedną godzinę postanowiliśmy się rozdzielić. Nieskromnie przyznam, że byłem inicjatorem tego, aby każdy z nas pospacerował po centrum Londynu w samotności. Dzięki czemu każdy z osobna mógł poczuć kosmopolityczny klimat miasta.

Słoneczniki V. van Gogha

Z tym samotnym spacerem wiąże się pewna anegdota. Tego dnia mniej więcej przez 15 minut było ładnie, chociaż pochmurno, a przez następny kwadrans padało. I tak na zmianę. Gdy kręciłem się po Trafalgar Square i po okolicznych uliczkach, dopadł mnie deszczowy kwadrans. Postanowiłem wtedy przeczekać chwilowe opady deszczu w bramie pobliskiego budynku.

Big Ben, fot. Maciek

Po ok. 5 minutach obserwowania ruchu na Trafalgar Square zacząłem się zastanawiać, co to za budynek daje mi schronienie. Wychyliłem się zza krawędzi bramy i spojrzałem w góry na napis: National Gallery. Ucieszony wszedłem do środka z zamiarem odwiedzenia tamtejszego sklepiku. Z uwagi na swój skromny budżet i ceny biletów w słynnych muzeach założyłem, że sklepik będzie jedynym miejscem, które odwiedzę.

Po wizycie w sklepiku na szczęście ciekawość pchnęła mnie w głąb galerii. Głównie po to, aby przekonać się, po ile są bilety. Po twardej posadzce maszerowali zwiedzający. Niektórzy nosili teczki, inni mieli w rękach reklamówki z zakupami z Walmartu.

Brama do Buckingham Palace, fot. Maciek

Oprócz szatni nie wypatrzyłem żadnego cennika, dlatego przesuwałem się dalej, i dalej, w nadziei, że moja ciekawość związana z ceną biletów wstępu zostanie w końcu zaspokojona. W ten sposób przekroczyłem pierwsze drzwi i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem Słoneczniki Vincenta van Gogha. Wokół obrazu znajdowało się grono podziwiających je ludzi, do którego ochoczo dołączyłem.

Słoneczniki Vincenta van Gogha w Galerii Narodowej w Londynie

Słonecznikom poświęcam szczególną uwagę, ponieważ jest to mój ulubiony kwiat i jednocześnie to moja ulubiona seria obrazów. Jestem wdzięczny losowi, że tamtego dnia zupełnie przez przypadek mogłem je zobaczyć.

Dzień w Londynie

Pozostała część dnia sprowadza się do całodniowej wycieczki w granicach londyńskiego City. Widzieliśmy zatem Piccadilly Circus, Buckingham Palace, katedrę Św. Pawła, Globe Theatre, Baker Street (znaną z Sherlocka Holmesa). Na dworzec autobusowy wróciliśmy późnym wieczorem z bagażem wspólnych przeżyć. Zmęczeni, śpiący i szczęśliwi.