Emigracja

Pierwsze dni na emigracji

Pierwsze dni spędzone w nowym miejscu. Oswajanie się z nową rzeczywistością. Euforia, przygnębienie, ekscytacja, tęsknota, ogromna radość zmieszana z lękiem przed nieznanym. Mieszanka emocji towarzysząca moim pierwszym dniom na emigracji zaskoczyła mnie… pozytywnie.

Pierwsze dni spędzone w Londynie upłynęły pod znakiem euforii i cieszenia się z byle powodu:

  • Jaki piękny czerwony autobus!
  • Wow, tu jest taka niska zabudowa!
  • Niesamowite, że mają tu tak wiele małych sklepików, knajpek i pubów!
  • Jaka zielona trawa w styczniu!
  • Boże, Boże, jestem w Londynie, LON-DY-NIE!

Te wszystkie zachwyty wyrzucałem z siebie zupełnie nieoczekiwanie i, sądząc po reakcjach najbliższych, nie były niczym wyjątkowym. Ponoć każdy przeżywa tu na swój sposób ten pierwszy tydzień dziecięcej radości, którą trzeba przejść jak katar (bo mija po siedmiu dniach, nieważne czy leczony, czy nie). Myślę, że ta euforia przyszła wraz z radością z oczekiwanego spotkania, realizacją długo upragnionego celu i poczucia, że jesteśmy wszyscy razem. To musiało się tak skończyć.

Widok po wyjściu z klatki schodowej, dn. 20 stycznia 2019 roku

Później przyszło przygnębienie. Nie wszystko przed wyjazdem poszło po mojej myśli. Nie dokończyłem malowania pokoju. Nie pożegnałem się ze wszystkimi tak jak chciałem. Nie mam jeszcze pracy, więc stałem się kurem domowym. To przygnębienie nie spadło na mnie jak lawina czy zimny prysznic, a pojawiało się w małych porcjach, z coraz większą częstotliwością. Aż w końcu zadałem sobie pytanie: skoro tak pięknie zracjonalizowałeś swoją euforię, czemu nie zrobisz tego samego z przygnębieniem?

Joko w nowym miejscu, dn. 20 stycznia 2019 roku

W końcu nie zawsze wszystko szło w moim życiu po mojej myśli i nic się złego z tego powodu nie działo. Malowanie pokoju mogę dokończyć w lutym przy pierwszej wizycie w Szczecinie, albo może to malowanie dokończyć kto inny. Skoro nie mam możliwości pożegnania się tak jak chcę, zawsze mogę się pożegnać na tyle, na ile jest na to sposobność. Na pracę przyjdzie czas, po co więc sobie psuć tę krótką chwilę, którą mam na aklimatyzację.

Poza tym nadal mam wokół siebie mnóstwo życzliwych ludzi, którzy nieraz okazali swoje wsparcie. Niektórzy są bliżej, inni dalej, jedni i drudzy wciąż jednak są przy mnie. Czuję, że przez ostatnie 10 lat ciężko pracowałem na to, aby czuć się teraz komfortowo w nowym miejscu i nie zmarnować wypracowanej szansy. Dlaczego mam to sobie odbierać?

Nie wierzę, że lepię pierogi, dn. 21 stycznia 2019 roku

Pomogło. Zacząłem na nowo lubić siebie w nowym miejscu. Nie twierdzę, że pomogło raz na zawsze, ale takie postawienie sprawy przywróciło stan, w którym znów zacząłem ekscytować się Londynem. Zacząłem też tęsknić za ludźmi, Puszczą Bukową i rytuałami, którymi otoczony byłem w Szczecinie.

Jak na razie wynikają z tego same dobre rzeczy. Tęsknota za ludźmi jest dla mnie motywacją do tego, aby sięgnąć po telefon i zadzwonić do przyjaciół i rodziny. Przecież to takie proste. Kilka minut rozmowy potrafi zdziałać cuda.

Katedra św. Pawła w Londynie, dn. 24 stycznia 2019 roku

A co z tęsknotą za miejscami i rytuałami? Ona przypomina mi o tym, że mam pustkę, czyli miejsce, które mogę zagospodarować czymś nowym. Że warto wyjść z domu, poszwendać się po okolicy. Znaleźć nowe, zupełnie inne od tego, co było, ale jednak swoje miejsce na ziemi. Bez zastanawiania się, czy jest tymczasowe, czy nie.

Poza tym mam za czym tęsknić. To najlepszy dowód na to, że dobrze mi się do tej pory żyło. I fajnie, nie ma co tego zmieniać w nowym miejscu.

Śmiech to zdrowie

Mam kilka powodów, żeby się pośmiać z siebie podczas tych pierwszych dni na emigracji.

Stacja metra w Londynie, dn. 24 stycznia 2019 roku

Pierwszy to pieniądze, a konkretnie monety, których zupełnie nie rozpoznaję. Płacąc więc za zakupy w sklepach wyciągam garść żelaza i proszę ekspedienta, żeby wybrał sobie należność samodzielnie. Czuję się wtedy jak staruszek, przybieram nawet przygarbioną pozę w trakcie tej czynności. Sposób jednak działa i pozbywam się miedziaków.

Drugi powód to niektóre chwile, gdy mijam się z napotkanymi spacerowiczami z psami w parku. Rzadko to się zdarza, ale czasami ktoś coś powie albo do Joko, albo do mnie. Najczęściej jest to krótki komentarz, którego nie rozumiem. Albo nie rozpoznaję słów, albo jest wypowiadany za szybko. Bywa – sam nie wiem czemu – że zamiast normalnie dopytać, uśmiecham się głupio i mówię: yes, yes.

Joko na spacerze w parku, dn. 26 stycznia 2019 roku

Zdarzają się też takie sytuacje, że śmieję się ze swojej przesadnej wymowy. Zamawiając ostatnio kawę chciałem wyrazić się elokwentnie i z akcentem, więc rzekłem do kelnerki coś, co należałoby zapisać:
– Block coffee, please.
Dopiero za drugim razem się zrozumieliśmy.

Widok z górnego pokładu autobusu piętrowego, dn. 31 stycznia 2019 roku

Śmieję się też z tego, że nie rozumiem. W kawiarni barista mnie pyta:
– Take away or drink in?
Nieco zdziwiony pytaniem odpowiedziałem:
– Yes, drinking, drinking.

Zabawna była również wizyta w tutejszym odpowiedniku urzędu pracy w celu załatwienia numeru ubezpieczenia (NINo). W trakcie rozmowy telefonicznej omyłkowo zostałem zapisany jako miss. W trakcie rozmowy o NIN zwróciłem na to uwagę, więc zapytałem urzędnika:
– Can we change this miss?
– Sure, you can be whoever you want. Who do you want to be?
– I want to be a mister.
– You want to be a mister, so you are not?

Pociąg naziemny w Londynie, dn. 31 stycznia 2019 roku

Dowcipny urzędnik wytłumaczył mi, że w Anglii mogę być tym, kim chcę, i nikt się nie będzie dziwił mojemu wyborowi. Poprosił mnie więc, abym to jeszcze przemyślał i się określił. Podpowiedział mi, że sam zapuszcza brodę, żeby być bardziej mister. Jest to jakaś wskazówka.

Co warto robić na emigracji?

Podsumowując pierwsze 10 dni z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że na emigracji warto:

  • Odpierdolić się od siebie i nie wywierać na sobie presji, że wszystko ma się zadziać od razu i już.
  • Dawać z siebie tyle, ile się chce. Zarzucać bliskich zdjęciami, wiadomościami i telefonami. To pomaga zarówno emigrantowi jak i bliskim, którzy w razie pojawienia się poczucia przytłoczenia, na pewno sobie z tym poradzą.
  • Dużo się śmiać z siebie. Pozwolić sobie na bycie trzydziestokilkuletnim dzieckiem poruszającym się we mgle. Bo tak rzadko mamy ku temu okazję, a w takich okolicznościach wychodzi to naturalnie.

Dalsze plany

To chyba wszytko, co chciałem opisać w temacie wrażeń i emocji z pierwszych dni w Londynie. Miłe jest to uczucie rozpoczynania czegoś nowego. To unikatowa szansa, żeby sobie poukładać pewne sprawy w sposób, w jaki chcę, bo jest na to czas i przestrzeń. Często łatwiej ułożyć jest coś na nowo, niż zmieniać to, w jaki sposób zostało wcześniej ułożone.

Wejście na market w Camden, dn. 31 stycznia 2019 roku

Główny etap aklimatyzacji mam już raczej za sobą. Poruszam się sprawnie po okolicy, mam znany i sprawdzony plan dnia. Skupiam się zatem na znalezieniu pracy. O tym, jak przebiega ta droga i jakie towarzyszą jej emocje, napiszę w osobnym wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *