Wieczór. Wielkie miasto, wysokie krawężniki i drapacze chmur. Ogromna ilość aut i skuterów, oświetlone wózki z pachnącym ulicznym jedzeniem. Zatłoczone mimo późnej pory chodniki. Temperatura tak różna od tej, do której przyzwyczaja nas polska jesień. Tak wita nas Bangkok po wyjściu z kolejki, którą przyjechaliśmy w okolice pierwszego noclegu w hotelu The Victory.

Kolejką w okolicę hotelu do stacji Pattaya Station dojechaliśmy za 45 tajlandzkich batów. Stamtąd czekał nas ok. 20-minutowy spacer do samego hotelu. Po drodze wstąpiliśmy do 7-Eleven, w którym przywitał nas dobrze znany dźwięk ding-dong odtwarzany podczas otwierania drzwi. Kupiłem upragnione gumy rozpuszczalne Hi-Chew, które były głównymi słodyczami podczas poprzedniego pobytu w Azji. W nasze ręce wpadło też pierwsze onigiri, czyli japońskie piramidki ryżowe z nadzieniem owinięte w prażone algi. Za sprawą dźwięków i smaków wspomnienia wróciły jak żywe!

Wieczór w Bangkoku, dn. 2 listopada 2018 roku

Po zostawieniu bagaży w pokoju wybraliśmy się na kolację. Znaleźliśmy indyjską 100% wegetariańską knajpę.

Po napełnieniu żołądków wielokrotnie jeszcze odwiedzaliśmy prawie każde mijane po drodze 7-Eleven, aby uzupełnić brakujące zapasy. Brakujące albo zjedzone w trakcie drogi…

Wracając do hotelu spotykaliśmy różne zwierzęta: psy, koty, szczury i karaluchy. Bezdomne psy nie wyglądały na nieszczęśliwe, więc łatwo poskromiłem swoją potrzebę adoptowania tych zwierząt i opiekowania się nimi. Również koty były zadowolone. Chciałem zrobić jednemu kotu zdjęcie, ale nie raczył nawet spojrzeć w moim kierunku. Taka natura.

Kot przed nocnym polowaniem, dn. 2 listopada 2018 roku

Ok. 2 w nocy udaliśmy się na zasłużony odpoczynek z pobudką zaplanowaną na godz. 6 lub 7 rano. Nie zdawaliśmy sobie wówczas sprawy z tego, jak trudno jest wstać tak wcześnie, gdy przeżywa się zespół nagłej zmiany strefy czasowej, czyli tzw. jet lag.