W pierwszy grudniowy weekend miałem przyjemność pojechać do Morynia na warsztaty jogi. Najkrótszym podsumowaniem tego czasu będą dwa słowa: spodziewane zaskoczenia. Wiele różnych i pozornie niezwiązanych ze sobą rzeczy, które się wydarzyły, łączy właśnie ten oksymoron.

Pobudka o 5:30 w sobotę to dla mnie duży wyczyn. Jednak tym razem to był także dobry wybór, ponieważ pierwsza grudniowa noc przyniosła przymrozek. Szybko okazało się, że będę miał problem z wyjazdem z parkingu. Wczesnym rankiem był praktycznie skuty lodem. Dodatkowo nachylenie napawało mnie obawami, że zamiast wyjechać, po prostu stoczę się na inne zaparkowane auta. Po wysypaniu kilku garści piasku i przełamaniu strachu, wyjechaliśmy z Joko w drogę do Morynia.

Ze względu na to, że zaraz po przyjechaniu na miejsce miały rozpocząć się zajęcia, można powiedzieć, że z auta trafiłem wprost na matę. I tutaj pojawiło się pierwsze spodziewane zaskoczenie. Wiedziałem, że dwie godziny jogi to wyzwanie, które chcę podjąć. Byłem pewien, że skupienie na swoim ciele i ciekawość tego, co mogę zrobić, a czego jeszcze nie, będą ogromne. Zaskoczyła mnie własna śmiałość, która pozwoliła mi pierwszy raz stanąć przy ścianie na głowie. Oczywiście pod czujnym okiem Tomka.

Wspaniałym przeżyciem były także drugie tego dnia zajęcia z Małgosią. To dzięki jej swobodnemu, ale popartemu doświadczeniem i wiedzą, stylowi wprowadzenia w skręty i w otwieranie przedniej części tułowia, polubiłem ten rodzaj ćwiczeń. Pierwszy raz zmierzyłem się też z mostkiem, który zawsze stanowił dla mnie co najmniej zagadkę.

Ogromna radość, która bije z Małgosi i Tomka, gdy prowadzą zajęcia, oraz łatwość w dzieleniu się swoją pasją sprawiają, że uśmiecham się na wspomnienie tych chwil. I ekscytuję się myślą o tym, że jeśli tylko chcę, mogę wziąć matę i po swojemu wrócić do tego, czego się nauczyłem.

Kolejnym spodziewanym zaskoczeniem byli nowo poznani ludzie. Wiedziałem, że jeśli ktoś wybiera się na takie warsztaty, musi być pozytywnie nastawionym do życia człowiekiem. Musi mieć swoje zdanie, hobby, sposób na życie, ciekawe historie i jednocześnie spokój, z którego czerpie na to wszystko siłę. Czego nie przewidziałem? Że będą to tak piękni ludzie.

Ogromną niespodzianką okazały się też wspólne posiłki. Wiedziałem, że będzie to wegetariańska kuchnia, co ucieszyło mnie od samego początku. Nie spodziewałem się jednak tego, że znając różnorodność i wiele smaków tej kuchni, dam się zaskoczyć wyrazistością potraw. Fasolki, zupy paprykowej, domowych pasztetów czy ciast z aquafabą. To były posiłki, które wpisywały się w nurt warsztatów, będących ucztą przede wszystkim dla ducha.

Ostatnim zaskoczeniem był sam Moryń. Urokliwe miasto, doskonałe na spacery. Nie pierwszy raz żałowałem, że nie zabrałem ze sobą aparatu fotograficznego, dlatego ratowałem się zdjęciami z telefonu. Zdaję sobie sprawę, że mamy pogodę i porę roku, kiedy trudno jest zachwycać się jakimś miejscem. W Moryniu mimo tych warunków było to możliwe. Jestem bardzo ciekawy Jeziora Morzycko wiosną i latem. A najchętniej zobaczyłbym Moryń wczesną jesienią.

To był piękny czas. Jeden z tych momentów, gdzie burza pozytywnych przemyśleń pcha cię w dobrym kierunku. I nie masz wątpliwości, że jest inaczej.