Przeklejam tutaj treść posta z forum Labradory.info, na którym informowałem o uśpieniu psa. Misia trafiła do nas za sprawą tego forum, dlatego miałem wówczas potrzebę, aby spisać te wspomnienia właśnie tam. Na końcu niniejszego wpisu pod hasłem Dopisek po dwóch latach dodałem parę słów od siebie z dzisiaj.

Post z forum Labradory.info

Żeby utulić się choć trochę w żalu i tęsknocie za Misią, spędziliśmy dziś dzień ze zdjęciami naszej psiny. Wyszła z tego całkiem niezła historia.

Prolog

Nie wiemy wiele na temat tego, co Misia przeszła przez większość swojego życia. Na prześwietleniach RTG obserwowaliśmy śrut po postrzeleniu. Sama psina trafiła pod opiekę Labradory.info z wyciągniętymi sutkami, co świadczyło o niedawnym karmieniu szczeniąt. Była psem z tatuażem w uchu, podejrzewamy, że kazano jej pełnić rolę psa rozrodowego zapewne w pseudohodowli.

Żadna z jej tragedii z przeszłości nigdy nie dała o sobie znać w jej usposobieniu. Nie było dnia, żeby Misia nie witała człowieka merdaniem ogonem…

Droga do Szczecina

Misia przejechała do nas przez całą Polskę. Po drodze pomogli jej ludzie o ogromnym sercu.

Po drodze miała czas na zabawy i nowe znajomości. Był to też czas troskliwej opieki osób, których Misia po drodze odwiedzała, dziękujemy za to.

Dom tymczasowy

Misia trafiła do nas do domu tymczasowego. Mieliśmy umożliwić Misi rehabilitację przez ok. 2-3 miesiące w pobliskim jeziorze. W tym czasie miał się znaleźć dla niej dom na stałe. Dodatkowo trzeba było zadbać o guza na listwie mlecznej – wtedy myśleliśmy, że trzeba go wyciąć.

Rehabilitacja

Tutaj trochę więcej opowieści.

Prowadziliśmy Misię na pływanie 2 razy dziennie: wcześnie rano i wieczorem. Dziwiło nas bardzo, że Misia niechętnie wchodzi do wody. Wchodziliśmy zatem razem z nią i trzymaliśmy ją w miejscu za uprząż przez kilka minut. Psina w tym czasie przebierała łapkami. Później Misia była puszczana, żeby mogła odpocząć na brzegu i tak powtarzaliśmy kilka serii.

Dopiero po kilku dniach, może tygodniach, ktoś wrzucił patyka do wody, za którym Misia sama, przez nikogo nie proszona, weszła do wody. Tak oto nasza rehabilitacja przemieniła się w zabawę w postaci pływania za patykiem.

Latem zdarzyło się też kilka razy, że słońce odbijało się od tafli wody i oślepiało nas na brzegu. Misia potrafiła wtedy popłynąć za patykiem, którego traciła z oczu. Przepływała obok niego nie zauważając go i płynęła dalej. Znana była też z tego, że nie słyszała, bądź to z powodu gorszego słuchu, bądź z wyrachowania, dlatego na nic zdawały się krzyki i nawoływania. Wyglądało to tak, jak gdyby miała zamiar przepłynąć całe jezioro.

W takiej sytuacji człowiek musiał, będąc gotowym lub nie, rozebrać się, wbiec za nią do wody i po podpłynięciu dostatecznie blisko rzucić Misi przed nos tzw. patyka ratunkowego. Dopiero wtedy zadowolona suka wracała na brzeg.

Dom stały

Misia miała trafić do nas na 2-3 miesiące, w trakcie których okazało się, że jest nieoperacyjna, jeśli chodzi o guza na listwie mlecznej. Dziś wiemy, że cwaniara „oszukała” wtedy co najmniej 5 weterynarzy (doktora z Wrocławia, 2 lekarzy w Szczecinie, lekarza, który robił jej USG serca i lekarza, który później ją sterylizował). Diagnoza była dla nas podstawą do tego, aby zaopiekować się nią do końca jej dni. Lekarze szacowali pozostały jej czas na maks. 1 rok.

Wiedzieliśmy, że podołamy opiece nad psem w terminalnym stanie, że należy jej się kochający dom jeszcze na tym świecie. Od sierpnia 2014 roku mentalnie Misia była tak samo naszym psem jak Joko. Mimo że formalnie Misia została z nami dopiero od lipca 2015 roku.

Pomniejsze problemy

W trakcie tego zawyrokowanego pozostałego roku zmierzyliśmy się z pomniejszymi problemami. Uszami, w których zalęgły się drożdżaki. Bolącą łapą, którą Misia sobie bardzo mocno gryzła, co kończyło się założeniem niebieskiego kołnierza. Robakami zwalczonymi odrobaczaniem. A także ze spadkiem formy, jeśli chodzi o chodzenie po odstawieniu pływania na zimę. Trzęsieniem się głowy zwalczonym witaminami. Świądem i drapaniem się zwalczonym kąpielami w occie i Nizoralu. To był pracowity czas.

Z pozytywów z tego okresu: zdarzyło jej się pogonić kota, raz pod podaniu patyka prosto do pyska zaczęła wesoło podskakiwać, dostała dodatkowe imię – Michalina, rozerwała przyprawy do grzańca i papier toaletowy.

Sterylizacja i mały cud

Około 29 kwietnia podczas kontroli wcześniej opisanych pomniejszych problemów niejako przy okazji wspomnieliśmy o guzie na listwie mlecznej oraz opowiedzieliśmy, jak Misia żyła przez ten darowany jej ostatni rok. Z opisu dla Pani doktor wynikało, że psy w stadium terminalnym nie są w tak dobrej formie, więc trzeba zrobić kolejne podejście do operacji.

Zdecydowaliśmy się wówczas na 2 zabiegi podczas 1 operacji: sterylizacja i wycięcie guza.

I wtedy – dnia 13 maja 2015 – stał się cud, nieoczekiwany zwrot. Guz okazał się niegroźną przepukliną, która nie wymagała interwencji.

Rekonwalescencja po sterylizacji

Misia szybko dochodziła do siebie po operacji. Przy okazji zabiegu został też wycięty Misi charakterystyczny pypeć z czoła.

Relacja z Joko

Misia przybyła do domu, w którym mieszkał już pies, a nawet suka, Joko. Ich przywitanie było burzliwe, każda suka miała ochotę dominować. Joko z racji pierwszeństwa zamieszkania, Misia z racji starszeństwa.

Dosyć szybko suki wyznaczyły sobie wzajemnie granice, których z szacunkiem nie przekraczały. Jedynie czasami nad miskami z jedzeniem któraś się zapomniała i zbliżyła nos do drugiej. Kończyło się wtedy szczekaniem, szczerzeniem zębów i straszeniem, mówiącym nie zbliżaj się, to moje. Po kilku tygodniach nie było już nawet takich incydentów.

Podróże

To nieprawda, że nie da się podróżować z psem, nawet tym chorym. Misia była doskonałym tego przykładem. Wystarczy wybrać miejsce osiągalne dla zwierzaka, a cała reszta to formalność. Wszędzie da się znaleźć hotel / schronisko młodzieżowe / domek, do którego można zabrać psa. Nawet jeśli pies nie chodzi, to nie problem.

Z małych podróży odwiedzaliśmy z Misią i Joko nie tylko najbliższe Jezioro Szmaragdowe, ale też dzikie plaże przy Jeziorze Głębokim oraz plażę nad Jeziorem Miedwie. Spędziliśmy też kilka niesamowitych dni w Steklnie (wraz z Jeziorem Steklno) niedaleko Szczecina w domku z pięknym ogrodem, który Misia pokochała.

Z dalekich podróży zwiedziliśmy Toruń i Pobierowo. Misia dzielnie, wręcz z przyjemnością, znosiła podróże autem. Praktycznie całą drogę przesypiała, delektując się krótkimi spacerami po przydrożnych lasach podczas przerwy na odpoczynek i siku.

W wakacje 2015 roku podpisaliśmy umowę na opiekę nad Misią jako dom stały.

Misia nad Jeziorem Miedwie, dn. 5 lipca 2015 roku

Wybieg

Wchodziła w interakcję z innymi psami. Bywało, że musiała się odszczekiwać natrętnym adoratorom. Przy osiedlu mamy wybieg, który często był przystankiem podczas naszych spacerów. Misia robiła kilka rund dookoła wybiegu, tuż przy ogrodzeniu. Wiadomo, że to najlepsza miejscówka na znalezienie porzuconego jedzenia lub czegoś gorszego…

Wchodziła w interakcję z innymi psami. Bywało, że musiała się odszczekiwać natrętnym adoratorom.

Komórki macierzyste

Jednym z ważnych momentów przy opiece nad Misią było zdecydowanie się na komórki macierzyste. W okresie letnim pływanie w jeziorze pomagało Misi chodzić, z drugiej strony pogoda była dobijająca dla stworzenia w futrze. Z kolei zimą temperatura była idealna na spacery, ale brak terapeutycznej roli wody dawał się we znaki.

Komórki macierzyste pomogły Misi stanąć na nogi. Był to jeden z piękniejszych okresów w naszym życiu. Mam nadzieję, że w życiu Misi również. Móc obserwować, jak opieka nad psem przynosi efekty, to chyba największe szczęście, jakie nas spotkało.

Spacer w Puszczy Bukowej blisko domu, dn. 24 lipca 2016 roku

Wakacje

Pomysł na wybranie się z dwoma sukami nad morze był strzałem w dziesiątkę. Jeszcze w dniu wyjazdu zdobyliśmy wózek plażowy, który miał udźwig do 60 kg. W sam raz dla Misi, misek i wody dla psów, zwłaszcza gdy okazało się, że z domku do plaży mamy do przejścia ok. 2-3 km.

Misia zrobiła furorę jeżdżąc po Pobierowie w swoim dyliżansie. Znaleźliśmy odcinek plaży, na który można wchodzić z psami. Był to czas błogiego lenistwa, Misia z reguły odpoczywała w cieniu swojego wózka. Nie odpuściliśmy jej też pływania w naszym Bałtyku. Morze zaliczone.

Epilog

Niech to pozostanie pozytywny wpis, opisujący te najważniejsze chwile, które zachowamy w naszych sercach. Tęsknimy za tobą, Misiu.

Dopisek po dwóch latach

Cały powyższy wpis to forma poradzenia sobie z odejściem psa tuż po jego uśpieniu. Forma pozytywna, bo dokumentująca chwile, które dziś zatarłyby się pewnie w mojej pamięci.

Coś się zmieniło jednak od tamtego czasu, gdy dzisiaj wspominam czas opieki nad Misią. Wokół działo się wiele wspaniałych rzeczy, często przyczyną których był właśnie nasz kochany pies. Tak naprawdę dotarło to do mnie teraz. Po ponownej lekturze całego wpisu, który spisałem dwa lata temu. Mam wrażenie, że zapisałem coś, co bardzo mocno próbowałem sobie przekazać, ale dopiero dziś potrafię to przeczytać i zrozumieć.

Każdy opisany wyjazd, każda opisana przygoda, a także każda troska i problem do pokonania, nadawały sens zrobienia czegoś dobrego. Nie tylko dla zwierzęcia, ale również dla siebie. Bo opiekować się, to dawać. A cieszyć się z postępów w zdrowieniu, to brać.

Mam wrażenie, że wdzięczność jest kojącym przedłużeniem uczuć, które były wcześniej: smutku, tęsknoty i żalu. Przychodzi z czasem w miejsce pustki, która wypełnia się nią i wtedy przestaje z niej wiać chłodem. Czuję to dziś całym sercem.

Misia jest nadal w moim życiu, może mniej widoczna, jak na ostatnim zdjęciu, ale jest. Wspomnienia, doświadczenia i lekcja radości, której nam wszystkim udzieliła, jest żywa w nas samych. Stąd zrodziła się ta wdzięczność i to ją warto pielęgnować.

Nie chcę zapomnieć o jeszcze jednym. Dziękuję sobie, że posłuchałem instynktu i w 2014 roku mogliśmy powitać drugiego psa w naszym domu.