Niniejszy wpis powstał na podstawie notatek z podróży w Góry Fogarskie w Rumunii. Fogarasze to najwyższe pasmo Karpat. Miałem wielką przyjemność uczestniczyć w wyprawie w te góry w 2015 roku maszerując w 6-osobowej ekipie. Przywołuję dziś wspomnienia ze szlaku, porządkuję zdjęcia pięknych widoków i dodaję swój komentarz z perspektywy czasu. Minęły 3 lata, a mam wrażenie, jakbyśmy wrócili z Bukaresztu nie dalej jak wczoraj.

Pierwsza rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy, gdy sięgnąłem po swój żółty notes z zapiskami z podróży, to mapa. Narysowana długopisem sprawia wrażenie, jakby była naszym przewodnikiem w podróży. Nie pamiętam, czy tak było w istocie. Skłaniam się ku myśli, że jej rolą było wstępne zaplanowanie trasy, nie zaś wytyczenie ścieżki, której mielibyśmy się trzymać.

Mapa wyprawy

Dalej w notesie znalazłem dziennik z podróży, który w pełni przytoczę tutaj po drobnych korektach. Wpis ten uzupełniłem zdjęciami z gór. Mam nadzieję, że uatrakcyjnią one przekaz płynący z zapisków z wyprawy. Zaznaczam, że zdjęcia nie są ułożone chronologicznie, ani raczej nie korelują z zapisanym tekstem.

A teraz oddaję głos zapiskom z przeszłości…

Szczecin-Berlin

Nasza przygoda zaczęła się od spotkania w Szczecinie i transportu do Berlina, skąd mieliśmy samolot do Rumunii.

Bus o 16:40. Przejazd czarnym, VIP-owskim busem spod LOT-u przy pl. Rodła do Berlina-Tegel na lotnisko. Kawka, papieros, oddanie bagażu. Mnie sprawdzali, czy mam narkotyki. Anka przetrzepana z Kamilem przy bramce. Na szczęście nic nie znaleźli. Odlot o 21:40 po degustacji piwa za €3,89. Lot bez zakłóceń. Zaczął się nowy dzień, bo wylądowaliśmy o godz. 00:30.

Sobota, 1.08

Ze zwięzłej relacji wynika, że podróż przebiegła bezpiecznie i bez przygód. Na zachętę do dalszej lektury wrzucam poniższe zdjęcie, które zrobione na trasie na najwyższy szczyt Rumunii pokazuje widok na piękno tej części Karpat. Na Moldoveanu (2544 m n.p.m.), bo o tym szczycie mowa, weszliśmy ostatniego dnia pobytu w wysokich górach.

Widok z trasy na Moldoveanu

Bukareszt-Braszów-Avrig

Naszym miejscem wypadowym w góry była niewielka miejscowość o nazwie Avrig. Dojechaliśmy do niej z Braszowa pociągiem. Braszów jest głównym punktem przesiadkowym dla wszystkich turystów jadących w Fogarasze.

Długa noc, w trakcie której bawiliśmy się w bezdomnych na lotnisku. Kawa za 20 lejów sprawiła, że większość z nas straciła parę gramów w toalecie. Porannym busem dojechaliśmy na dworzec kolejowy. Śniadanie w McDonaldsie, piwo na drogę i 3-godzinna podróż do Braszowa. W Braszowie napięcie sięga zenitu. Wszyscy na nas patrzą, Wiraszka została prawie zmolestowana, Artur z Mariuszem na misji uzupełniającej nasze zapasy. Szczęśliwie cali i zdrowi zdążyliśmy na pociąg o 14:05. Sudoku pojechało z nami. Avrig, godz. 16:40, pierwsze zdjęcie, piwo, w drogę.

Niedziela, 2.08
Jeszcze jeden widok z porannego wejścia na Moldoveanu

Avrig

Ruszyliśmy spod dworca kolejowego. Pamiętam, że daleko na horyzoncie prezentowały się cudowne góry.

Po wstępnej analizie sytuacji decydujemy się na powózkę z 3 osobami i wszystkimi bagażami. Taksówkarz gdzieś zniknął, chciał 50 lejów. Trafiamy na lokalnych młodych cwaniaczków z piwem. Chcą od nas kolejno €50, 80 lejów, 60 lejów. Dalej nie negocjują. Olewamy transport. Oni się wtedy uginają i zabierają część ekipy do Cabana Ghiocel.

Osoby piesze ruszają drogą w tym samym kierunku. Gorąco, monotonnie, ale z ładnymi widokami i pędzącymi autami po wąskiej drodze. Nikt nas nie bierze na stopa, robimy kilka zdjęć.

Niedziela, 2.08

Marsz w stronę gór rzeczywiście był monotonny, jednak z perspektywy czasu jedyne co zachowało się w mojej pamięci, to wspaniałe widoki na góry, które z każdym krokiem były coraz bliżej.

Cabana Ghiocel

Dalsza notatka jest krótka, ale treściwa.

Po ok. 1 godzinie marszu dołączamy do reszty i po krótkim odpoczynku ruszamy w kierunku celu (Cabana Poiana Neamțului). Nie osiągamy go, zatrzymujemy się na złączeniu dwóch strumieni. W nocy przeżywamy atak zdziwionej muczącej krowy z wkurzającym dzwoneczkiem. Krowa po interwencji Mariusza odpuściła sobie. Sen.

Niedziela, 2.08

Tak jak mowa w notatce powyżej, naszym celem było schronisko o nazwie Cabana Poiana Neamțului. Nie starczyło nam sił ani czasu, aby tego dnia dotrzeć na miejsce, dlatego tytuł tej notki to nazwa innego schroniska — Cabana Ghiocel. Jest ono wcześniej na trasie w góry i to niedaleko przy nim postanowiliśmy rozbić namioty na pierwszy nocleg.

Przepiękne pasma gór w Karpatach

Warto dodać, że rozbiliśmy namiot na drodze stada krów próbujących dostać się wczesnym rankiem do strumienia. Obudzeni głośnym muczeniem bardzo się zdziwiliśmy. Na pewno niemniej niż krowy. To spotkanie międzygatunkowe było tak samo nagłe jak i nieoczekiwane dla obydwu stron.

Poiana Neamțului, Bărcaciu i las

Dalsza droga bogata była w przygody związane z trudnością poruszania się po górskich szlakach.

Zaspaliśmy, ale wyszliśmy w góry. Doszliśmy nareszcie do Cabana Poiana Neamțului, gdzie mój aparat fotograficzny zaliczył pierwszy upadek do rowu. Po opatrzeniu się i odpoczynku ruszyliśmy do Cabana Bărcaciu.

Podejście było długie, męczące, trudne, ale satysfakcjonujące. Skorzystaliśmy z prawdziwego wychodka, wykąpaliśmy się i odpoczęliśmy. W trakcie rozmowy z sympatycznym miejscowym postanowiliśmy pójść za jego radą i zmieniliśmy plan na dalszą trasę. Zamiast iść szlakiem z czerwony kółkiem, poszliśmy dalej czerwonym krzyżem z zamiarem skręcenia w żółty krzyż po godzinnym marszu.

Po dotarciu do żółtego krzyża i kolejnym wyczerpującym wysiłku radość z osiągniętego celu przysłoniła nam resztki zdrowego rozsądku. Zamiast wrócić do mapy rozdzieliliśmy się, aby część ekipy szybciej doszła do celu. Okazało się, że powinniśmy zejść drugim zejściem na żółty krzyż.

Dlatego zamiast dojść do obiecanej wody, zeszliśmy dosyć mocno z gór w nieinteresującym nas kierunku. Przypłaciliśmy to również nocą trolla spędzoną w lesie. W cudowny sposób kolejny i zapewne nieostatni raz nauczyliśmy się czegoś na własnym błędzie. Nie ma tylko gwarancji, czy skutecznie…

Poniedziałek, 3.08

Warto dodać, że noc spędzona w lesie w Karpatach dostarczyła mi wielu emocji. Pamiętam, że kilka razy w ciągu nocy moja czujność wzrastała. Możliwe, że to tylko moja wyobraźnia albo zmęczony fizycznym wysiłkiem umysł odreagowywał bodźce z całego dnia, ale miałem nieodparte wrażenie, że nasz namiot obwąchiwał niedźwiedź.

Jeden z wielu pięknych widoków w drodze na Moldoveanu

Nic dziś już nie wiem na pewno. Poza tym, że pomyślnym zrządzeniem losu każdy z nas obudził się rano w jednym kawałku.

Cabana Negoiu

Po naszych przygodach i lekkim spadku morale drużyny, potrzebowaliśmy zregenerować siły przed dalszym marszem.

Luźniejszy dzień. Przeszliśmy do wodospadu w drodze do Cabana Negoiu. Mariusz z Arturem pobiegli do schroniska po zapasy piwa. Reszta znalazła miejsce pod namioty. Po powrocie chłopaków zjedliśmy posiłek i wypiliśmy piwo. Zrobiło się zimno. To był spokojny, piwny i zimny wieczór. Na noc zostało jedynie zimno i spokojnie.

Wtorek, 4.08

I dobrze, bo okazało się, że najbardziej emocjonujący fragment wyprawy dopiero przed nami…

Zbocza Karpat podczas podejścia na Moldoveanu

Strunga Ciobanului i Refugiul Călțun

W środę odebraliśmy następną lekcję od życia: jeśli nie jest to konieczne, nie rozdzielajcie się w górach. Oto relacja z tego dnia.

Postanowiliśmy się rozdzielić. Mariusz i Artur wybrali przejście przez Şerbotę i Negoiu, reszta udała się szlakiem z niebieskim trójkątem. Szlak poprowadził nas przez ścieżkę zboczami gór poprzecinaną licznymi metalowymi mostkami wśród gęstego zalesienia. Całość tworzyła niesamowity klimat dżungli z malowniczymi widokami.

Następnie doszliśmy do potoku spływającego z Şerboty. W okolice najwyższego w Fogaraszach wodospadu.Dłuższy postój. Rozmowa z Rumunami, którzy dali nam dużo dobrych rad.

Udaliśmy się stromym podejściem w kierunku przełęczy Strunga Ciobanului. Nużące podejście doprowadziło nas do rozstaju dróg, skąd skręciliśmy na szlak z czerwonym krzyżem.

Podczas krótkiego podejścia zaczął padać deszcz. Bliżej przełęczy rozpoczęła się burza. W tych warunkach przejście łańcuchami przez przełęcz stanowiło nie lada wyzwanie. Były wielkie oczy, zmartwione miny, krzyki, płacz i porzucone plecaki. Jednak zrobiliśmy to, dostaliśmy się na drugą stronę przełęczy…

Dalsze zejście przez skałki, lekkie podejścia i pojedyncze ścianki doprowadziło nas do płaskiego kamienia, przez który prowadził szlak. Zwątpiliśmy, że jesteśmy na dobrej drodze. Podejrzewając przegapienie szlaku z czerwoną kreską.

Z uwagi na to, że płaski kamień był śliski, lekko pochylony i kończył się nad przepaścią, Kamil najpierw zrobił rekonesans, czy warto go pokonywać. Po jego dłuższej nieobecności zdecydowaliśmy na przejście. Wiraszka zgrabnie się przeczołgała, Marysi strasznie trzęsła się noga. Raz jedna, raz druga, zawsze ta, którą się nie podpierała. Ja natomiast rozpłaszczyłem się z kijami na środku kamienia, z którego dopiero Kamil pomógł mi zejść. Przez chwilę byłem pewien, że dokonam żywota w przepaści, którą miałem kilkadziesiąt centymetrów pod podeszwami butów…

Maszerowaliśmy dalej z niepewnością i nadzieją w sercach. Przeszliśmy przez krótki jęzor śniegu i zeszliśmy do szlaku czerwonej kreski. Ostatecznie osiągnęliśmy cel, którym był schron Refugiul Călțun. Na miejscu byli już Mariusz z Arturem.

To był emocjonujący, wymagający i dobry dzień.

Środa, 5.08

Poniżej zdjęcie dokumentujące końcówkę naszej trasy z tego dnia. Po prawej stronie zdjęcia najniższy punkt na linii grzbietu gór to przełęcz o nazwie Strunga Ciobanului. Przechodziliśmy przez nią podczas burzy i musieliśmy korzystać z łańcuchów. Zasada w górach mówi, że bez względu na warunki pogodowe, należy iść do miejsca będącego schronieniem. Nie mieliśmy warunków, aby rozbić namiot przed przełączą lub znaleźć naturalne schronienie.

Widok na trasę, którą szliśmy dzień wcześniej od przełęczy w prawym końcu zdjęcia do jeziora po jego lewej stronie

Po lewej zaś stronie widać jezioro z zielonym punktem. To Refugiul Călțun, schron, przy którym spotkaliśmy się z drugą częścią ekipy.

Trasa Transfogarska

Trasa Transfogaraska robi niesamowite wrażenie zarówno w dzień, jak i w nocy. Wijąca się pośród gór serpentyna asfaltowej jezdni zapisuje się głęboko w pamięci.

Widok na Jezioro Bâlea i Trasę Transfogaraską

Oto jak pamiętam naszą drogę w jej kierunku.

Znad Jeziora Călțun przegoniła nas nadciągająca burza. Zanim wyszliśmy, porozmawialiśmy jeszcze z grupą Polaków, którzy z Polski przyjechali samochodami. Byli w podróży od 10 dni i na sam przyjazd do Rumunii wydali na paliwo ok. 1000 zł.

Gonieni burzą wyszliśmy z okolic Refugiul Călțun. Podczas podejścia na pierwszy szczyt towarzyszyło nam jednak słońce. Droga biegła szlakiem z czerwoną kreską. Jest to główna trasa fogaraska. W okolicy zejścia na szlak z niebieskim trójkątem zaczęła się burza. Mimo wszystko szliśmy dalej, aż naszym oczom ukazało się Jezioro Bâlea z przebiegającą obok Trasą Transfogaraską. Rozpogodziło się.

W okolicy tego jeziora jest kilkanaście straganów i stoisk. Głównie z suszonym mięsem, serami i z gorącą kukurydzą. Można też zjeść kurczaka z ziemniakami lub naleśniki na słodko. Zostawiliśmy też baterie do podładowania uprzejmym paniom sprzedającym posiłki. Obowiązkową pozycją w menu było również piwo.

Ok. godz. 18-19 pogoda nagle się zepsuła i zeszły ogromne, szare chmury. Pędem rozbiliśmy namioty przy tutejszym GOPR-ze. Ratownik ostrzegł nas, że jeśli tam zostaniemy, dostaniemy mandat i powinniśmy przejść na kemping. Tak też zrobiliśmy.

Na szczęście z tych dużych chmur nie było wcale deszczu. To był intensywny i ciekawy dzień.

Czwartek, 6.08
Częsty widok w Karpatach

Cabana Podragu

Wstaliśmy wyjątkowo wcześnie. Ruszyliśmy pod górę zostawiając za plecami Trasę Transfogaraską. Przy Jeziorze Caprei podeszliśmy z Kamilem na górę Capra. Kamil podszedł jeszcze na Vânătoarea lui Buteanu. Po zejściu ze szczytów minęliśmy wspomniane jezioro.

To był pierwszy raz tego dnia, gdy spadł na nas deszcz. Akurat schodziliśmy stromym, błotnistym zejściem. W trakcie wyprzedzili nas niebezpiecznie pędzący Rumuni.

Dotarliśmy do przełęczy, gdzie mogliśmy podziwiać skalny otwór Okno Smoków. Ukąsiła mnie tu w język mini-osa. Na szczęście poza lekką opuchlizną obyło się bez konsekwencji.

Druga część trasy to cztery zejścia i trzy podejścia. Przy drugim podejściu dopadła nas nagła i bezlitosna burza. Przemoczeni odpoczęliśmy przed ostatnim podejściem. W mojej opinii najbardziej urokliwej dolinie, którą przemierzaliśmy. Mieliśmy szczęście obserwować na niej kozicę.

Dotarliśmy w końcu do Cabana Podragu, zmęczeni i zadowoleni z osiągniętego celu.

Piątek, 7.08
Okno Smoków, o którym mowa w notatce z opisu drogi do Cabana Podragu

Następny dzień to sobota. Po intensywnym piątku nie było nas stać na nic więcej poza dniem wolnym. Odpoczywaliśmy, rozmawialiśmy, regenerowaliśmy siły przed ostatnim podejściem na Moldoveanu i przygotowaniami do zejścia z gór.

Moldoveanu

Piękny widok ze szczytu Moldoveanu

Pobudka o 5:30 i tym razem bez pełnych plecaków wyprawa na Moldoveanu. Trasa rozpoczęła się od podejścia na przełęcz nad schroniskiem. Dalej łagodnie po zboczach kolejnych szczytów szlakiem z czerwoną kreską. Strome podejście zaczęło się pod szczyt Viștea Mare (2527 m n.p.m.) i dalej krótkie podejście do najwyższego szczytu Rumunii.

Na wyprawę wybraliśmy się z Arturem i Mariuszem. Po powrocie ok. 12-13 i dwugodzinnej przerwie ruszyliśmy w dół do Victorii, żegnając się z Fogaraszami.

Wyruszyliśmy o 15:30 z Cabana Podragu. Szybkim marszem w dół dotarliśmy do Cabana Turnuri. Schronisko położone jest wśród baśniowego krajobrazu, na który składa się potok z licznymi wodospadami, zielone tereny oraz lasy iglaste, a także górujące nad tym wszystkim szczyty Karpat.

Po wyjściu ze schroniska dalszy długi marsz w dół. Zatrzymaliśmy się ok. 20:00 na pierwszym możliwym płaskim terenie niedaleko wody.

Niedziela, 9.09

Tak kończy się dziennik z tej wyprawy. Cieszę się, że nie zaginął wśród natłoku spraw, które spiętrzyły się przez te 3 lata, które minęły od naszej wizyty w Rumunii. Miło mi było wrócić do tych wspomnień ponownie i uzupełnić dodatkowym komentarzem.

Zmierzamy w kierunku Cabana Turnuri

Gdy myślę o tej części Karpat mam jak najmilsze wspomnienia. Niezmieniony ingerencją człowieka krajobraz, niewielki ruch turystyczny na szlakach, przepiękne widoki, czyste powietrze i ciężki plecak to wystarczające powody, aby czuć się w tych górach świetnie. Mimo drobnych przygód bez wahania wybrałbym się w taką podróż raz jeszcze.

Ostatnie podejście przed Cabana Podragu

Po intensywnym trekkingu po Fogaraszach zaplanowaliśmy wypoczynek nad Morzem Czarnym. Do pobytu w Vama Veche i w Bukareszcie chętnie wrócę przy innej okazji.

Fogarasze jako inspiracja

Chcę odnotować jeszcze jedną ważną dla mnie rzecz. Góry Fogaraskie były dla mnie wyjątkową okazją na to, aby sprawdzić się w roli fotografa dokumentującego naszą wyprawę. To efekt tej pracy pozwolił mi uwierzyć, że zrobione zdjęcia będą się nadawały na sprzedaż. Tak zaczęła się moja przygoda z fotografią stockową.

Dlaczego dopiero zapierające dech w piersiach widoki gór pchnęły mnie do tego, aby sprzedawać zdjęcia? Ponieważ Fogarasze to cudowne miejsce na ziemi. Zdjęcia aż chce się robić. Z tej podróży zostało mi ponad 1100 zdjęć, które są już po wstępnej selekcji!

Pinezka wbita w mapę Fogaraszy

Zaczynając przygodę z fotografią stockową warto wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć od takich zdjęć, które wnoszą w nasze życie dużo radości i frajdy. Refleksję na ten temat mam dopiero dziś, po latach od samej wyprawy. Świadomość tego nie odbiera mi jednak radości z robienia zdjęć. Wręcz przeciwnie. Chcę szukać i będę szukał kolejnych inspiracji do tego, by mieć powód do tego, aby sięgnąć po aparat.